Mam 22 lata.
Sama nie wiem od kiedy, czuję jakby to było od zawsze, mam w sobie przeczucie, że nie jestem dość dobra. Nie dość dobra w szkole, w sporcie, w każdej rzeczy, do której się dotknę. Ale najbardziej czuje się nie wystarczająco dobra, żeby w ogóle żyć. Od lat narasta we mnie przeczucie, że nie zasługuję, żeby tu być, żeby coś osiągnąć, żeby być szczęśliwa. Każda napotkana na mojej drodze osoba, na której mi zależy, do której się zbliżam, prędzej czy później mnie zostawia. W momencie, kiedy kogoś potrzebuję jestem sama. Tylko ja i moje myśli, które do pozytywnych się nie zaliczają.
Dzień bez ataku paniki czy płaczu, nie jest dla mnie dniem. Kiedyś próbowałam liczyć dni, kiedy było w miarę okej, ale po chwili dochodziłam do wniosku, że to nie ma najmniejszego sensu. Używki też nie pomagają na zbyt długo. Wystarczy chwila, a wpadam jeszcze głębiej. Nie jestem już w stanie stwierdzić, czy da się jeszcze z tego wydostać. Kiedy coś ciągnie się latami, sam już przestajesz wierzyć w to, że kiedyś to się ułoży.
Próbowałam wielu rzeczy, ale wszystko działa na moment. Medytacja, joga, modlitwa. Od głośnej muzyki i krzyków w jej takt czasem aż bolały uszy. Cięcie się też daje tyle co nic. Przez chwilkę skupiasz się na bólu fizycznym, ale potem on i tak odchodzi, a ty zostajesz z rozszarpaną na drobne kawałeczki psychiką.
Opadam z sił, starając się walczyć o każdy dzień. O chwilę skupienia i wytchnienia od wszystkiego, od uczuć. Nie jestem w stanie podnieść przygotowanych notatek i uczyć się na kolokwia i inne zaliczenia, mimo, że mam na to czas i przez cały tydzień powinnam znaleźć chociaż odrobinę lepszego czasu. Tak się nie dzieje. Organizm jest z dnia na dzień coraz bardziej wykończony. Mózg zajęty rozmyślaniem o rzeczach nie ważnych na pozór, w każdym razie nie istotnych z punktu widzenia każdego innego postronnego człowieka. Jednak w mojej głowie nabierają one kształtów, przybierają wagę tak ogromną, że aż mnie to przeraża. Boję się czasem zamknąć oczy, bo wiem, że to wszystko na nowo uderzy. Kolejne porzucenia. Samotność. Osamotnienie. Izolacja.
Zdarzają się niestety dni jeszcze gorsze. Nagle moje serce zaczyna galopować. Zupełnie bez powodu, od tak. Nie wiem, gdzie jestem, co robię. Mimo otwartych oczu nie dostrzegam nic poza bólem w klatce piersiowej. Łzy lecą same i godzinami potrafią nie przestawać płynąć. Nie mam siły się poruszyć. Czuję odrętwienie, bezsilność. Kiedy nagle czuję, że serce zamiera, jakby przez moment przestawało bić. Niby to tylko sekundy, ale trwają dla mnie wieczność. Powrót do rzeczywistości rozrywa mnie na kawałki.
Marzę tylko o tym, żeby to minęło, żeby się skończyło. W ostateczności marzę o oparciu w kimś. Jednej osobie, która podejdzie i zamiast oceniać, zrozumie i będzie w tych ciężkich momentach.
Czasem chcę umrzeć. Mam dość, to wszystko mnie przytłacza, wykańcza. Nie mogę się zmusić do jedzenia, mam tylko poczucie bezwładności, jakbym była tylko biernym obserwatorem, a nie osobą fizyczną. Jakbym patrzyła na siebie z góry, nie zdolna do zrobienia niczego. Wykończona kolejną łzą, kolejnym atakiem. Myślę, jak łatwo było by po prostu spaść, roztrzaskać się i przestać być swoim własnym problemem.
Komentarze
Prześlij komentarz